
To nie bocian drogie dzieci,
głosi wiosnę, gdy przyleci.
Bo w tym roku moi mili:
Hanzeaci zaświadczyli.
Team nie duży i nie mały,
w swej istocie doskonały,
kwintesencja – wiosna w pełni
obowiązek swój wypełnił.
Na Torunia zaproszenie,
siał w nim wielkie spustoszenie.
Najpierw mieszczki, białogłowy:
usta winne, cudne szaty,
łypie okiem na nie biedny,
patrzy ślepiem swym bogaty.
Kibić zgrabna jak u łani,
wzrok ich niczym strzała rani,
serce w każdym kawalerze,
byłem tam, więc piszę szczerze.
Potem Paź szedł w korowodzie,
zwinny niczym ryba w wodzie.
Skoczny jak ten konik polny,
styl podskoków wszak dowolny.
Bez specjalnej etykiety,
ale działał na kobiety.
Może twarz to jego młoda,
jakby panny to uroda.
A tuż za nim, z animuszem,
Krzyżak dzielny przyznać muszę.
Płaszcz, misiurka, miecz zdobiony,
w boju on niezwyciężony,
więc zdobywał serca dam,
jak to robił, nie wiem sam?
-ale powiem w tajemnicy,
zdobył serce zakonnicy
A na końcu tej parady,
szedł kat bardzo ociężale.
Co tak bardzo mu ciążyło?
Tego nie powiedział wcale.
Może głowy ścięte rano,
lub sumienia to wyrzuty.
Choć krążyły tam pogłoski,
że miał kat za ciasne buty.
I kompania ta wesoła,
Tak na rynku harcowała,
Że ich wiosna zaskoczyła
I zielenią obsypała.
Potem pili wino słodkie,
oraz jedli smakołyki,
aż ucichły na starówce,
śpiewy tańce oraz krzyki.
I tak wiosna jest już w mieście.
Słońce nad Toruniem świeci.
Kto wam pierwszy o tym doniósł?
Ba! Wiadomo! Hanzeaci!
Jacek Gralewski

